Płacisz abonament za własne cierpienie. Czas wstać od tego stołu

Podwieczorek u Kapelusznika

O tym, jak zamieszkałaś w swoim cierpieniu i płacisz za to czynsz
Alicja nie szukała króliczej nory. Królicza nora znalazła Alicję, tak jak Twoje tąpnięcie znalazło Ciebie, bez pytania o zgodę, bez umówionego terminu, bez opcji „może innym razem”.

Królicza nora pojawiła się w związku z Twoimi myślami, dalszym ja, zautomatyzowanym ciałem. To się musiało wydarzyć.

Chociaż i teraz padną WAŻNE słowa.

NIE ZAWSZE TAK JEST

Teraz jest ten moment. Grunt robi Ci żarcik, ZDZIWKO? i znika Ci spod stóp. Możesz się szarpać, drapać po glinianych ścianach tunelu, krzyczeć do góry, że to się nie powinno wydarzyć. Albo możesz zrobić to, czego Alicja nauczyła się bez certyfikatu coacha i bez karnetu na warsztat oddechowy. Możesz przestać czepiać się ścian i zacząć świadomie spadać.

Bo tam na dole czeka podwieczorek u Kapelusznika. Zawsze ta sama pora, zawsze te same brudne filiżanki, wysoka entropia. Wszyscy przy stole albo łżą, albo śpią, a Zając Marcowy robi minę, jakby to było najnormalniejsze zjawisko na świecie. To jest dokładnie portret Twojej głowy w dniu, w którym coś Cię rozwaliło na pierwsze czynniki. Czas przestaje płynąć liniowo, fakty mieszają się z paniczną fabułą, a Ty siedzisz przy tym szalonym stole i próbujesz się dogadać z gośćmi, którzy w ogóle nie mają zamiaru mówić do Ciebie sensownie. Otóż nie musisz tam siedzieć. Ale zanim wstaniesz, dobrze byś wiedziała, co Cię w ogóle przy tym stole trzyma.

Koleina w glebie, czyli jak powstaje samskara

Singer, zanim napisał swoją książkę, sam przeżył piekło niesłusznego oskarżenia, które prawie zmiażdżyło całe jego życiowe dzieło, więc wie, o czym mówi. Tłumaczy to bezczelnie prosto. Każde silne emocjonalnie zdarzenie, którego nie przeżyjesz do końca, nie zostaje uwolnione, tylko zepchnięte w dół, do piwnicy podświadomości. Tam zaczyna żyć własnym życiem jako samskara, energetyczny odcisk, koleina wyryta w Twojej wewnętrznej glebie.

Im mocniejszy ładunek, im częściej powtarzasz ten sam wzorzec, tym głębsza koleina. Potem wystarczy byle wyzwalacz, cień podobieństwa do pierwotnej rany, i program odpala się, zanim zdążysz o czymkolwiek pomyśleć. Ciało reaguje pierwsze. Umysł produkuje lęki i napięcia. Ty działasz pod dyktando starego schematu, wycofujesz się, atakujesz, uciekasz w nawyk, i tym samym rzeźbisz tę samą koleinę jeszcze głębiej.

To jest pętla, samonapędzająca się i cichutka jak złodziej. Nazywasz ją swoim losem, choć to tylko ta sama płyta puszczana od dwudziestu lat.
Wyjście nie polega na walce, tylko na tym, żebyś złapała się na gorącym uczynku bycia Obserwatorką. Nie jestem wściekła, tylko w klatce piersiowej pojawił się skurcz, to stara samskara przejeżdża przez moje ciało jak ciężarówka.

Serce w naturalnym stanie jest otwartym kanałem, przez który płynie nieograniczona energia witalna.

Czujesz się wypalona nie dlatego, że świat Cię wyczerpał, tylko dlatego, że zamknęłaś się wokół własnych stłumień jak mięczak w skorupie. Wyzwolenie nie jest jednorazowym aktem odwagi. To ciągłe trzymanie serca otwartym, także wtedy, gdy okoliczności są do bani.

Ból boli krótko. Cierpienie to abonament, który sama sobie odnawiasz

————————
Disclaimer
Zanim polecę z tym dalej, mała uczciwość na wstępie. Kiedy piszę, że ból trwa krótko, nie mam na myśli ludzi ciężko chorych fizycznie. Nie, że nie mogą sobie jakoś pomóc, ale ja się na tym nie znam, nie czuję się kompetentna, żeby cokolwiek o tym mówić, więc dzisiejszą rozprawkę robię z całkowitym wyłączeniem ciężkich przypadków medycznych. Mówię o zwykłym, codziennym bólu istnienia.

Tym po rozczarowaniach, stratach, zdradach, czy nawet bólu fizycznym, który jednak jest do opanowania. Nie o cierpieniu ciała, które wymaga lekarza, a nie artykułu na blogu.
——————

To teraz najważniejsze zdanie tego tekstu, więc usiądź prosto.

Ból i cierpienie to nie synonimy. To dwie zupełnie różne karmicznie operacje.

Czysty ból jest owocem karmy.

Ktoś odchodzi, konto świeci pustką, ciało boli. To fakt, fizjologiczny lub emocjonalny. Boli, przepływa, i jeśli pozwolisz mu przejść przez Ciebie bez barykady, wypala starą samskarę i znika. Moment neutralny, czasem wręcz wyzwalający.

Cierpienie zaczyna się w sekundzie, w której dobudowujesz do tego faktu fabułę. Dlaczego mnie to spotkało, przez nich moje życie legło w gruzach, teraz już zawsze będę cierpieć.

CIERPIENIE TO BÓL POMNOŻONY PRZEZ OPÓR I ZASILONY TOŻSAMOŚCIĄ

Mentalny cement, który sama wylewasz na świeżą ranę, budując sobie nie koleinę, a Rów Mariański.

Zacznijmy od porąbanej prawdy.
Twoje decyzje…

Palisz, bo uważasz, że jesteś stara, gruba, schorowana, wylękniona, i że życie jest dla młodych, a palenie jest takie łatwe i przyjemne?
Dodaję, że jedzenie pączków też.

Upadek jest łatwy.
Cierpienie jest łatwe.

Ból jest trudny, ale bez podlewania go cierpieniem mija.
Brak cierpienia to oświecenie.
Nie zawsze dzieje się łatwo.
Wzlot wymaga ORKI W CISZY*, jest trudny (przynajmniej na początku).

I tu jest haczyk, bo cierpienie bywa wygodne jak stary sweter, tylko że kolący i zapocony.
Bywa tarczą, kiedy mówisz sobie, że nie musisz ryzykować, bo jesteś zbyt poraniona.
Bywa walutą emocjonalną, którą płacisz otoczeniu za uwagę, litość i opiekę.
Bywa cokołem, na którym stoisz wyżej niż ci wszyscy powierzchowni, zadowoleni ludzie z instagrama.

To w psychologii nazywa się KORZYŚĆ WTÓRNA, a w metafizyce UKRYTA INTENCJA, czyli przywileje ofiary i gotowe alibi na niestawienie się do własnego potencjału.

Otóż nie, cierpienie wcale nie jest bezkarmiczne

Generuje jedną z najcięższych i najbardziej lepkich odmian karmy właśnie dlatego, że jest wyborem tożsamościowym, a nie tylko biernym znoszeniem bólu. Brak ruchu, ucieczka od życia, pielęgnowana udręka, to nie jest pustka, tylko decyzja w przebraniu bezradności.

Zaniechanie jest zakopaniem własnego talentu w ziemi, zatrzymaniem przepływu energii, które skutkuje gniciem, apatią i przyciąganiem kolejnych, jeszcze bardziej ograniczających okoliczności.

Cierpienie nie daje żadnego immunitetu. Płacisz za nie najwyższą walutą, jaką masz, czyli własnym życiem spędzonym w poczekalni.

Judasz w architekturze gry na sofie

Zdrada, ta klasyczna, ta filmowa, ta która wybija Cię z rytmu na tygodnie. Ego traktuje ją jak zamach na tożsamość. Świadomość widzi coś zupełnie innego, mianowicie że runęła tylko iluzoryczna scenografia, z której już dawno wyrosłaś.

Judasz w tym ujęciu nie jest wrogiem, który zepsuł Ci plan. Jest facetem od ekipy budowlanej, który wyburza dekoracje, żebyś w końcu przestała grać rolę napisaną dla kogoś, kim już nie jesteś. Zdrada odcina pępowinę zależności od drugiego człowieka albo zewnętrznego zasobu. Czysty ból, ten fizjologiczny ucisk w klatce, ten szok układu nerwowego, trwa krótko. Cierpienie jest niekończącą się taśmą, jak on mógł, co ja teraz zrobię, wszystko stracone, puszczaną w kółko jak zła piosenka disco polo, której nienawidzisz, ale znasz na pamięć.

A pustka, która zostaje po takim ciosie, ta straszna wyrwa energetyczna, wcale nie jest dziurą do natychmiastowego zatkania pierwszym lepszym substytutem. To zerowy punkt matrycy. Miejsce, w którym nic Cię już nie trzyma w starych rolach.

Tylko że zanim zaczniesz obwiniać wyłącznie jego, powiedzmy sobie, kim on właściwie jest. Bo Judasz rzadko przychodzi w czarnym płaszczu i z fanfarami. Najczęściej przychodzi jako Janusz. Janusz zdrajca, ten z krwi i kości, który po prostu robi to, co Janusze robią najlepiej, czyli znika w najmniej dogodnym dla Ciebie momencie i bez słowa wyjaśnienia. Ale jest jeszcze gorszy od niego Janusz duch, ten, który nawet nie musi nic zrobić, bo wystarczy, że siedzi na sofie Twojej wyobraźni, milczy, i Ty sama dopisujesz mu kolejne odcinki serialu, w którym on jest złoczyńcą, ofiarą, wybawcą i uciekinierem na zmianę, w zależności od godziny.

I tu jest cała bezbronność Bridget, która jeszcze śpi. Nie chodzi o to, że jesteś naiwna. Chodzi o to, że nikt Ci nigdy nie pokazał reguł gry, w którą od lat grasz na ślepo, więc każde milczenie traktujesz jak wyrok, zamiast jak jeden z ruchów na szachownicy, który da się odczytać, jeśli tylko znasz zasady. Śpiąca Bridget wierzy, że milczenie oznacza koniec świata. Obudzona Bridget wie, że to tylko informacja, którą trzeba umieć rozszyfrować, a nie karmić własną paniką.

Co robić tuż po tąpnięciu, żeby nie zamieszkać przy stole Kapelusznika na stałe

Zaraz po uderzeniu nie podejmuje się żadnych decyzji strategicznych. Działa się według protokołu ratunkowego. Oddziel fakt od interpretacji. Fakt to konto pokazuje X, ta osoba spakowała walizkę i wyszła. Interpretacja to moje życie legło w gruzach, a to już inna kategoria danych i nikt Cię o nią nie pytał.

DZIAŁAJ WYŁĄCZNIE NA FAKTACH.

Szok wyrzuca kortyzol i adrenalinę, więc nie medytuj na siłę, jeśli ciało się trzęsie, bo duchowa mądrość nie wejdzie do świadomości opanowanej przez układ nerwowy w trybie walki i ucieczki. Ten ładunek trzeba zutylizować mechanicznie.

Mocny trening, bieganie, rano zimna woda, wydłużony wydech resetujący nerw błędny. Twoja lodówka nigdy nie jest przepełniona. I ścisła higiena energetyczna, zero listów pisanych w amoku, zero prób natychmiastowego tłumaczenia się, zero gwałtownych ruchów finansowych. Cokolwiek zrobisz z poziomu paniki, powieli częstotliwość swojej straty.

Bezgruntość, czyli sztuka świadomego spadania

Wracamy do króliczej nory. PEMA CHÖDRÖN, mniszka o fizis i usposobieniu tak podobnym do Tolle, że można by ich pomylić na zdjęciu ślubnym, mówi wprost, że to, iż GRUNT USUWA CI SIĘ SPOD STÓP, NIE JEST BŁĘDEM W SYSTEMIE.
To moment, w którym iluzja stabilności świata form po prostu przestaje udawać, że działa.

Bezgruntość to fundamentalna prawda o istnieniu, w życiu nie ma trwałego oparcia, na którym mogłabyś stanąć raz na zawsze. Wszystko rozpada się i składa na nowo w nieskończonej pętli. Twoje próby budowania sztucznego gruntu w świecie, który z natury jest płynny, to główne źródło Twojego lęku, nie sama zmiana.

Alicja, kiedy wpadła do nory, nie chwytała się ścian. Nie szukała oparcia. Po prostu opadała, czekając na to, co przyniesie rozwój wydarzeń. Zamiast rozpaczliwie szukać gruntu tam, gdzie go nie ma, spróbuj rozwinąć zdolność do przebywania w stanie swobodnego spadania.

A teraz sama sobie robię wywrotkę, czyli gdzie ten cały wywód się zapętla

I tu wchodzę w rolę adwokata diabła we własnym tekście, bo uczciwość wymaga, żebym Ci nie sprzedała gładkiej bajeczki bez szwów.
Bo jak to niby jest, mamy swobodnie spadać jak Alicja, nie łapać się niczego, nie kontrolować, oddać się grawitacji losu, a chwilę później mówię Ci, że wzlot wymaga ORKI W CISZY*, czyli uparcia, dyscypliny, roboty każdego dnia bez czekania na wenę? To niby jak, spadam czy orzę?

OTÓŻ JEDNO I DRUGIE, I TO WCALE NIE JEST SPRZECZNOŚĆ, TYLKO KOLEJNOŚĆ.

Najpierw przestajesz się szarpać o grunt, który i tak Ci ucieka, bo to jest higiena psychiczna, a nie plan biznesowy. Dopiero kiedy przestajesz marnować energię na trzymanie fasady, zaczyna Ci jej starczać na orkę. Wolny spadek to nie lenistwo, to zdjęcie ręki z hamulca. Orka w ciszy to już praca silnika, kiedy hamulec wreszcie puścił.

* ORKA W CISZY nie jest synonimem pracoholizmu ani katorżniczej harówki, wręcz przeciwnie. To symbol skupionego działania TERAZ, totalne zatrzymanie w działaniu w teraźniejszości. Jest ponad pasją, choć może z pasji wynikać, ale nikt nie jest cały czas w wenie, a kto to pojął, ten wie, że tylko orka w ciszy kształtuje charakter i wajbę, to trening wysoko wibracyjnej dyscypliny. To praca najbliżej siebie. Picasso podobno mówił, że orze w ciszy dzień w dzień, a gdy w końcu pojawia się wena, zawsze zastaje go przy pracy.

A skoro już się zapętlam, to dorzucę drugą sprzeczność, tę bardziej filozoficzną.

Goddard twierdził, że to rzeczywistość podąża za Tobą, że świat jest lustrem, które po prostu wyświetla Twoje poprzednie stany i myśli, czyli działasz od środka na zewnątrz. Karma z kolei brzmi bardziej jak system rozliczeniowy, zasiałaś, to zbierasz, czasem z opóźnieniem, czasem z odsetkami. Czy to nie jest sprzeczne?
Jedna koncepcja mówi, że jesteś reżyserką, druga, że jesteś księgową własnych win i zasług nawet tych sprzed wcieleń.

Nie mam dla Ciebie eleganckiego rozwiązania z szarym sznurkiem (kokardki idą do paczek dla Harlekinów), bo szczerze, nie jestem pewna, czy ono w ogóle istnieje.

Ale mam swoje podejrzenie i śmiało Ci je zdradzę.

Czy karma w ogóle może być zła albo dobra, skoro to tylko konsekwencja Twoich wyborów?

A jeśli tak, to może wszystkie decyzje są w jakimś sensie w porządku, bo albo uczą Cię, jak wygląda spadanie, albo pomagają Ci wzlatywać, i jedno bez drugiego rzadko się obywa.

Ja osobiście jestem ZDECYDOWANIE DALEJ od życia w poczuciu nieuchronności karmy.
Jestem blisko wersji, w której jestem wyłącznie wszechmocną reżyserką z pilotem od rzeczywistości w garści.

Bo wydaje mi się, że właśnie tak żyje większość ludzi, w nieuchronności, nie w reżyserce, i dlatego tak twardo śpimy, bo łatwiej jest wierzyć, że coś się nam po prostu przydarza, niż że sami napisaliśmy scenariusz.

Może to się z czasem poukłada w coś spójniejszego. Na razie zostawiam to jako dwie prawdy trzymające się za ręce w nieco niewygodnym uścisku, bo prawdziwe życie rzadko ma czysty finał bez napisów końcowych.

RADA NUMER JEDEN I RADA NUMER DWA

Podejmij decyzję i nigdy się za siebie nie oglądaj. Nie zastanawiaj się, czy mogłaś wybrać inaczej, karma i tak Cię dogoni i dostosuje się do drogi, którą właśnie wybrałaś. To nie znaczy, że świat zapewni Ci teraz ciągłą wygodę i brak problemów.

To znaczy, że gdy zrozumiesz, że sama tworzysz swoją rzeczywistość, przestajesz dzielić wybory na sukcesy i porażki. Znika zbędne cierpienie, które brało się wyłącznie z opierania się faktom. Jeśli konsekwencją Twojej decyzji jest dyskomfort, to nie jest dowód na złą decyzję, tylko sygnał, żeby wrócić do obecności.

A rada numer dwa jest dla mnie osobiście tą najważniejszą, i to bez konkurencji.

NIE ZAWSZE TAK JEST

To jedno z najbardziej optymistycznych zdań, jakie kiedykolwiek usłyszałam, bo odbiera moc wszystkim pewniakom przy stole Kapelusznika, którzy twierdzą, że znają Twoją przyszłość. Ty widzisz tylko fragment tortu. Źródło widzi znacznie więcej.

Bo tu nie chodzi tylko o to, że nie wiesz wszystkiego, choć oczywiście nie wiesz. Chodzi o to, że możesz stać przy okienku Amazona Wszechświata, pewna, że złożyłaś zamówienie na coś zupełnie konkretnego, a paczka, która przychodzi, wygląda zupełnie inaczej niż to, co sobie wyobrażałaś. I pierwszy odruch to reklamacja, przecież zamówiłam co innego. Tylko że czasem to, co dostajesz, jest o wiele lepsze niż to, o co prosiłaś, tylko jeszcze tego nie widzisz, bo stoisz za blisko pudełka. Rozpakujesz je później. Czasem dużo później.

Chłodna nuda jako nagroda?

Na koniec coś, co brzmi jak żart, ale jest cichym dowodem postępu. Nuda w medytacji uchodzi za bardzo dobry znak. To brak pożywki dla ego, bo nie dostarcza mu ani dramatu, ani poczucia wyjątkowości.
Jest gorąca nuda, ten dobrze znany stan wiercenia się na krześle, poczucie siedzenia na rozgrzanej patelni i przymus natychmiastowego zajęcia się czymkolwiek, byle uciec od pustki.
To jest ten moment jak biegnę, żeby koniecznie pod byle pretekstem PRZERWAĆ BIEG.

I jest chłodna nuda, która przychodzi dopiero wtedy, gdy wysiedzisz tę gorącą jak kura na jaju i całkowicie odpuścisz walkę. Ja akurat nie wysiaduję, tylko wybieguję gorącą nudę. I wchodzę w spokój, tup tup tup tup.

Spokojne przebywanie w braku stymulacji, bez traktowania go jak problemu.

I to jest właściwie cały sekret wyjścia z króliczej nory. STAN FLOW obojętnie w jaki sposób osiągnięty. Nie mylić z ujaraniem się Marią.

Nie polega na wspinaczce z powrotem na górę, do świata, w którym wszystko było poukładane i bezpieczne, bo takiego świata nigdy nie było, to był tylko dobrze utrzymany dekor. Polega na tym, żeby usiąść przy stole Kapelusznika, obejrzeć sobie cały ten teatr łgarzy i śpiochów (bez oceniania mi tu, skoro się do nich przywlokłaś więc Wart Pac pałaca, a pałac Paca) , i w pewnym momencie po prostu wstać.

Bez trzaskania drzwiami. Zegar wciąż stoi na tej samej godzinie tylko dla tych, którzy zapomnieli, że wolno im odejść od stołu.
Twoja koleina nie zniknie sama. Ale przestanie decydować o Twoim losie w sekundzie, w której przestaniesz nazywać ją swoją tożsamością.

A jak pogodzić buddyjską karmę być, z goddardowską manifestacją mieć?
Gdzie karma to zarówno działanie jak i skutek działania.
Z kolei lustro rzeczywistości odbija przeszłe przyczyny, czyli myśli, emocje, podświadomość.
„NACIĄGANIE GUMY W MAJCIOCHACH” czyli MIEĆ VS. BYĆ

Mój przełom, to karma jako częstotliwość układu nerwowego.

Karma to nie moralny sąd, lecz częstotliwość układu nerwowego, dobrze spina ten pozornie sprzeczny układ!

Odpuszczenie nie jest po prostu intelektualnym pojęciem, lecz konkretną praktyką układu nerwowego.

Gdy rzeczywistość zaprzecza Twoim oczekiwaniom (np. Janusz odchodzi, finanse się chwieją), układ nerwowy wchodzi w niskie stany przetrwania i stresu.

Stan układu nerwowego to częstotliwość Twojej tożsamości. Taką masz teraz karmę.

Gdy działasz z poziomu ściśniętego układu nerwowego, pełnego lęku, poczucia braku, pośpiechu i przymusu kontroli, wytwarzasz reakcje i decyzje osadzone w tej samej wibracji. Skutek (karma) odpowiada dokładnie tej częstotliwości.
Lustro odbija Twój stan (Goddard).

Lustro rzeczywistości 3D nie reaguje na Twoje słowa ani życzenia, ale pokazuje odbicie wewnętrznego stanu bezpieczeństwa lub lęku w Twoim ciele. To odbicie dotyczy przeszłości bo działa pewne opóźnienie. Dlatego drapanie lustra na nic się zdaje.

Przerwanie pętli.

Dopóki reagujesz lękiem na „stare newsy” w lustrze, ładujesz układ nerwowy tą samą częstotliwością przetrwania.

Przełamujesz tę karmiczną pętlę dopiero wtedy, gdy potrafisz zachować spokój obecności w obliczu trudności, przyjmując nową tożsamość bez żądania natychmiastowych dowodów.
Nie chodzi więc o kosmiczny punktat za „bycie grzeczną”, ale o czystą fizykę świadomości i biologii.

Twój układ nerwowy nadaje częstotliwość, a rzeczywistość po prostu na nią odpowiada.

Zakończenie wyrywające z sandałków.
A teraz część, która jest bardziej dziwaczna niż samo tąpnięcie.

KRÓLICZEJ NORY NIGDY NIE BYŁO.

Stworzyłaś ją myślami z materiału zwanego strachem przed staniem w pełnym świetle, i sama zaprosiłaś na podwieczorek wszystkich tych, którzy łżą albo śpią, bo w tłumie łatwiej było udawać, że to nie Ty rozdajesz karty.

Kapelusznik nie czekał na Ciebie od zawsze. Zjawił się dokładnie w chwili, w której uwierzyłaś, że nie zasługujesz na nic więcej niż wieczne pięć po piątej.

Klucz do wyjścia leżał przez cały czas w kieszeni, w której teraz trzymasz telefon i czekasz, aż ktoś inny zdecyduje za Ciebie. On nie zdecyduje.

Ty już to zrobiłaś, w momencie, w którym doczytałaś do tego zdania.

Tyle.
Na zawsze Twoja

Kate Lucy Eliot

Udostępnij ten wpis: